Gęstość lasu

W gąszczu poplątanych słów słodkich,
jagód garści, dotyków soczystych obfitości,
—szumiąca cisza liści faluje po skórze bladej.

W potrzasku korzeni nóg walczących,
opadającej rozkołysanej rosy z zastygłego czoła,
koronach drzew wzburzonych—zawisły błagania piski.

Cisza, cisza, cisza—przerywa bezsilność swym błyskiem.

W trzaskach runa ulegającym naciskowi kroków,
zamarłych przebłyskach, zastałym półmroku,
gdy cisza północna zamknęła swe usta.

Cisza, cisza, cisza—milczy napięta.

Nagły grzmot opętany obija się od wnętrza powiek.
Obłąkane powiewy przedzierają się przez sukno białe.
Dziki ogień mknie po wzgórzach grzbietu.
Ze szczytu w dół sunie ostatnia pomięta powłoka.

Parzące gorącem dłonie
kradną dech z szyi smukłej.
Ocierają się nabrzmiale
po ledwie drżącym ciele.
Cisną się, plączą przez lodowe połacie,
topiąc śnieg, który cieknie do mchu
—jak lawina, jak górska powódź
—nieokiełznana, niepojęta, nieopisana.

W gorącu szaleństwa unosi się para
—mgła szklista, a każdy jej kęs 
rozlega się echem bezkresnie.
Przez głuche pustkowia plączą się 
jęki i donośne stukanie.
Powódź stęków rozlewa się ku ziemi,
przesilając ją malinowym krzykiem.
Z traw zmrożonych wybijają się przebiśniegi,
ukradkiem wijąc się w górę
po kostkach i wilgotnych łydkach.

Zew i wycie pęcznieją w jarzącej się ciemności nocy,
w palącej gonitwie oddechów,
rozszarpując poświatą puszczy gęstości.

    Pozostaną tylko
    wychłostane ciała,
    onieśmielone gwiazdy
    i zabliźnione rany.